Loader
GORCE ULTRA TRAIL 2019
665
post-template-default,single,single-post,postid-665,single-format-standard,bridge-core-1.0.6,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-18.2,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,qode_header_in_grid,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive

GORCE ULTRA TRAIL 2019

Jeżeli kiedyś pomyślałem, że na trasie górskiego ultra widziałem już wszystko, to GUT wyprowadził mnie z błędu 😉 . To co zaserwował nam Organizator wraz z Wolontariuszami przerosło moje wyobrażenie. Ale po kolei. Na Gut ładowałem i nastawiałem się przez dwa tygodnie po ukończeniu 130 kilometrów na DFBG w Lądku. Jak przystało na mnie przygoda zaczęła się już w noc z czwartku na piątek kiedy to, delikatnie mówiąc, rozwaliłem palec w stopie na nodze łóżka. Świetnie, pomyślałem i miałem nadzieję,że to koniec przykrych niespodzianek. Na miejscu byłem z rodziną już w piątek i jak tylko to było możliwe odebrałem pakiet startowy. Przyznano mi nr 0044, co ucieszyło mojego syna Adama, który z takim właśnie numerem gra w UKS Ruch Chorzów.

Piersze dwa punkty odżywcze czyli w Ropkach i Wołowcu poszły sprawnie i zgodnie z planem, pomimo częstych odwiedzin ciemniejszej strony lasu 😉 Niestety, rewolucje mojego organizmu na tyle mnie osłabiły a do tego ten odcinek uważam za najtrudniejszy, że musiałem troszkę się pomęczyć zanim na nowo dostałem pełnej energii. Po uzupełnieniu mocy na Wołowcu właśnie, zacząłem od nowa rozkręcać organizm, czemu bardzo mocno sprzyjała pogoda pomimo bardzo silnego wiatru. Pierwsza nocna część za mną więc tylko się cieszyć, że nastał nam dzień. Okazało się właśnie, że kabel do czołówki pozostał w hotelu i po osiągnięciu miejsca na tyle cywilizowanego, że stał się zasięg telefonii i mogłem moją lepszą połowę poprosić o dostarczenie go do najbliższego punktu czyli do Chyrowej. Plan maximum udało mi się utrzymywać właśnie do tego punktu, na którym też zlokalizowany był przepak, a obsługa na punkcie jak w czterogwiazdkowej restauracji 😉 W Chyrowej, gdzie spędziłem trochę więcej czasu, po zjedzeniu i napełnieniu bukłaków płynami postanowiłem zmienić buty. Startowałem w obuwiu przygotowanym raczej na błoto, którego wg mojej oceny prawie na trasie nie było, więc zamiana podeszwy agresywnej na taką, która daje większą amortyzację wydawała się oczywista.

Obiad, spacer, pakowanie przepaku i przygotowanie stroju na start to nasza reszta popołudnia.

Na start zabrali mnie z kwatery koledzy, którzy startowali razem ze mną dystans GUT102. Planowana godzina startu 4:00, czas na pokonanie dystansu 18 godzin, do 22:00. Ciasno pomyślałem przy tych pionach, blisko 4500 wg Garmina. Całość napięcia przedstartowego umilają nam dziewczyny z kapeli góralskiej – coś fantastycznego 😉 , nawet ten padający deszcz był przy tych dźwiękach cieplejszy i przyjemniejszy. Kilka minut po czwartej wypuszczono na trasę grupę wygłodniałych ultrasów mających na celu metę 102 lub 83 kilometry, bo taki właśnie był wspólny start. Po czterech przytłaczających kilometrach asfaltem w końcu skręcamy w las. Kierujemy się na Lubań i to najtrudniejszy odcinek biegu. Punkt kontroli czasu zakwaterowany był na wieży widokowej a pod nią przyśpiewywała nam kapela góralska. Czas świetny i zrobiony zapas. Cisnę dalej do punktu na 25 kilometrze. I nagle bum, pękły mi buty i kamyki zaczęły się dostawać do środka. Szlag.

Ale cóż, trzeba ciągnąć dalej bo buty mam dopie63 kilometrze na przepaku. Na pierwszym punkcie (25 kilometr) zawinąłem plastrem buty po uzupełnieniu płynów pobiegłem dalej. Zaraz za punktem, trasy 102 i 83 rozchodzą się. Biegniemy do 43 kilometra. Czuję, że bukłak na plecach przecieka i może mi zabraknąć wody. Dobiegłem i wody starczyło. Po drodze, w schronisku na Turbaczu przemiłe Panie poratowały mnie taśmą klejącą, którą ratowałem buty.

Czterdziesty trzeci kilometr i kolejny punkt odżywczy. Przemiła obsługa uzupełniła wodę i poratowała kolejną porcją plastra na dalszą drogę. Po chwili wolontariusz informuje mnie o przeciekającym bukłaku, który na moje nieszczęście po założeniu na plecy rozciekł się całkiem. Wolontariusze dali mi butelkę z wodą i pognałem dalej. Niestety półtoralitrowa butelka okazała się zbyt duża i gniotła mnie w plecy co mogło być niebezpieczne. Oddałem ją uprzejmym chłopakom, którzy zmierzali w dół aby wyrzucili ją do śmieci, po wcześniejszym zatankowaniu wody gdzie się tylko dało, bo w końcu do punktu było jeszcze około 18 kilometrów. Fantastyczny, mocno biegowy odcinek. Wody coraz mniej i przepak jakby się oddalał. Na oparach dotarłem do punktu. Zabrałem z przepaku tylko butelki, które miałem z izo, ale zamieniłem ich zawartość no wodę, której nie miałem w czym zabrać. Miałem przebrać buty, ale te na zmianę, nie nadawały się na mokre góry a zbierały się chmury. Decyzja – zostaje z dziurami i wytrzepuje kamyki. Świetny czas pomyślałem i wielką nadzieją złamania szesnastu godzin ruszyłem dalej, Przepiękne widokowo trasy pchały moje nogi do kolejnego punktu na 83 kilometrze.

Mam to, 83 kilometr i ostatni punkt przed metą. Trzy godziny i dziesięć minut czasy na pokonanie około siedemnastu kilometrów. Złamanie szesnastu godzin jest w zasięgu ręki. Ruszyłem pod górę zdobywać Gorc. Niestety, 9 kilometrowe podejście wyssał ze mnie chyba wszystkie siły i gdyby nie modlitwa to chyba bym padł. Na górze patrzę na czas i widzę, że będzie bardzo ciasno i mogę nie złamać 16-stki. Wycieńczone podejściem nogi nie chcą zbytnio podawać w dół do Ochotnicy. Nic zmusiłem się i zaczynam przyspieszać, aż tu nagle wpadam w błoto. Demon Rymanowa obudził we mnie delikatny lęk i włączyła się czujka, aby na kilka kilometrów przed metą, znowu nie rozwalić palca na kamieniu ukrytym pod błotem. Zdrową reakcją dopasowałem prędkość do podłoża i warunków. Na metę wpadam po 16 godzinach i 15 minutach. Szok i niedowierzanie. Mój wcześniejszy czas przy podobnych pionach to 17h55min, co daje poprawę o godzinę i czterdzieści minut. Wow.

Podsumowując całą imprezę mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem zadowolony i szczęśliwy. Oprawa biegu, mega fantastyczne punkty obsługiwane przez fantastycznych ludzi i serwujących wszystko czego ultras potrzebuje i to jeszcze w strojach regionalnych robiło tak miły klimat, że nie chciało się ich opuszczać. Wszechobecna muzyka regionalna, no i oczywiście fantastyczni ludzie na trasie. Muszę tu podziękować wszystkim wolontariuszom, śpiewakom i kapelom, organizatorom i Wam biegacze za wspólny przemiły czas. Szczególne podziękowania dla Reni, z którą razem pokonaliśmy wiele kilometrów i zamieniliśmy wiele opowieści i doświadczeń. Jeszcze raz wszystkim szczere i gorące podziękowania i polecam imprezą wszystkim, którzy w sierpniu mają ochotę na cudowne, górskie bieganie.

Brak komentarzy

Skomentuj artykuł