Loader
GSS dla Filipka Cholewy
555
post-template-default,single,single-post,postid-555,single-format-standard,bridge-core-1.0.6,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-18.2,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,qode_header_in_grid,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive

GSS dla Filipka Cholewy

Nie bez powodu moją opowieść o Głównym Szlaku Sudeckim (#GSSdlaFilipkaCholewy) zaczynam od cytatu poniżej. Jeszcze kilka lat temu taki dystans był dla mnie niewyobrażalny. Zresztą co ja piszę, autem się męczyłem 😉 Dziś wiem ile może się zmienić, jak zapanuję nad swoją głową. Ale do rzeczy.

Na początek kilka informacji o samym szlaku. Pierwsza czerwona kropka (dla mnie) znajduje się w Świeradowie Zdroju a druga w Prudniku. Po drodze można zwiedzić ciekawe zakątki Gór Izerskich, zbocza Wysokiej Kopy, Wysoki Kamień i Szklarskią Porębę aby przez Karkonosze i tu Wodospad Kamieńczyka, Wielki Szyszak, Przełęcz pod Śnieżką dotrzeć do Karpacza. Dalej przez Rudawy Janowickie(Skalnik) do Krzeszowa. Następnie przez Góry Kamienne i Góry Czarne szlak wiedzie do Jedliny-Zdroju, skąd przechodzi głównym grzbietem Gór Sowich (Wielka Sowa), aż do Przełęczy Srebrnej oddzielającej je od Gór Bardzkich. Dalej szlak prowadzi do Wambierzyc, skąd trasa wstępuje w Góry Stołowe (Skalne Grzyby,Błędne Skały) i do sudeckich uzdrowisk: Kudowy-Zdroju, Dusznik-Zdroju. Dalej mamy: Góry Orlickie, Bystrzyckie, Wodospad Wilczki, Masyw Śnieżnika, Krowiarki, Lądek-Zdrój, Góry Złote do Paczkowa, gdzie przez wiele lat kończył się na stacji kolejowej, ale obecnie prowadzi dalej przez Kałków, Głuchołazy, Góry Opawskie aż do Prudnika.

„Patrząc ciągle przed siebie, myśląc jak zrobić jeszcze więcej, osiągniesz stan umysłu, w którym nie ma rzeczy niemożliwych”

Henry Ford

Tyle z teorii i wikipedii. Na miejsce startu zawiózł mnie Leszek, organizator Pszczyńskiego Krosu Terenowego – cztery pory roku i nagrał film ze startu odprowadzając mnie aż pod tablicę upamiętniającą twórcę tego szlaku Mieczysława Orłowicza. Już na starcie widziałem mój pierwszy cel, Stóg Izerski. Widoki jakie tam zastałem wynagrodziły trudy wspinaczki i mimo że schronisko było zamknięte z zadowoleniem i uradowaniem ruszyłem w dalszą trasę po grani aż do Wysokiego Kamienia by delektować się zbiegiem do Szklarskiej Poręby. Poza sezonem i w poniedziałek to miasteczko już spało 😉 To był też moment, kiedy na wejściu do Karkonoskiego Parku Narodowego zastała mnie noc i mocno spadła temperatura. Długa wspinaczka i spadająca temperatura zmusiły mnie do chwili postoju w schronisku na Hali Szrenickiej. Po krótkiej drzemce, dyrdając z zimna jak szczurek, ruszyłem w stronę Czarnej Przełęczy i już chwilę po jej minięciu skończyło się rumakowanie. Gęsta mgła, a w zasadzie coś w rodzaju chmury, spowiło mrok i widoczność spadła do kilku metrów. Tempem żółwia, niczym strudzony podróżą pielgrzym dotarłem do Schroniska Odrodzenie. Zaczynało już powoli świtać ale kilkaset metrów od schroniska zaczęła się walka o pion. Wieczorny deszcz i poranny przymrozek zrobiły na szlaku skorupę lodową, po której moje biegowe buty jeździły jak chciały. Kilka zjazdów w kosodrzewiny były nawet zabawne, ale najgorsze było dopiero przede mną. Od Słonecznika do Równi pod Śnieżką zalegający śnieg a po lewej stronie kilka metrów lodowiska i urwisko w dół do Wielkiego Stawu. To był moment, kiedy naprawdę po raz pierwszy poczułem strach. Po górach zrobiłem tysiące kilometrów w różnych warunkach, tego co mnie tam zastało doświadczyłem pierwszy raz w życiu. Mięśnie spięły się na tyle, że odczuwałem ból. Starając się nie myśleć o urwisku drobnymi krokami przedzierałem się dalej. Ulgę odczułem dopiero w Domu Śląskim, gdzie zmęczony, zmarznięty i z poszarpanymi mięśniami przez okno patrzyłem na Śnieżkę. Po pół godzinie ruszyłem dalej i tu kolejna zagwostka. Szlak ze schroniska w stronę Łomniczanki zamknięty. Podszedłem bliżej i widzę czyjeś ślady na śniegu, więc co mógł zrobić świr mojego pokroju? Pomyślałem GSS to GSS i ruszyłem na dół. Nosz jasna chol… poleciało już po kilkudziesięciu metrach. Chyba zapomniałem już o lodzie wyżej i tu przypomniał m i o sobie. Schodziłem znowu pospinany zważając na każdy krok by nie zjechać na dół. Trwało to trochę ale udało się. Powiem Wam, że po raz kolejny doświadczyłem na tym fragmencie palca Bożego. To co mnie spowalniało wcześniej, w nocy, okazało się błogosławieństwem. Nie wyobrażam sobie, aby ten odcinek obok urwiska i zejście w dół, pokonywać w nocy, po ciemku. Nic nie dzieje się bez przyczyny, nie widząc zagrożenia mógłbym już nie pisać tej relacji. Ale do rzeczy. Z Łomniczanki to już bajkowy zbieg do Karpacza, gdzie na stacji benzynowej Obajtka uraczyłem się hot-dogiem i kawą, co jak się okazało po przejściach wprowadziło w mój organizm mocne uczucie senności. 15 minutowa drzemka zrobiła co miała zrobić. Kiedyś mnie wywiozą za to spanie na przystankach 😉
Na resztę dnia zaplanowałem dotarcie do Lubawki. Znalezienie noclegu z posiłkiem graniczyło tam z cudem, bo remont drogi, który był tam robiony ściągnął na wszystkie czynne kwatery budowlańców. Mojej Usi udało się wyszperać miejsce w hoteliku przy szlaku, na samym rynku Lubawki. Ten odcinek to około 50 km fajnej trasy, która głównie przechodziła w terenie. Fajne, choć nie zapierające tchu w piersiach widoki towarzyszyły mi całą drogę aż do granicy remontu drogi, gdzie zaczął się, delikatnie mówiąc, syf. Wtorek wieczorem zakończyłem na 108 kilometrze. Kwatera pozwoliła na prysznic i spanie co dało mi dużą dawkę nowej energii.
Środa to już kolejny dzień wyprawy. Zaczynam wcześnie, z Lubawki startuję ok 1:30 w nocy i za plan dnia przyjąłem Schronisko Zygmuntówka Pod Wielką Sową, w którym nie powinno być problemu z noclegiem i jedzeniem. W hotelu wieczorem uzupełniłem zapasy płynów i batonów, by nie brakło mi na kolejne kilometry. Drugi dzień jest dla mnie najgorszy, tak z doświadczenia wiem, że organizm musi się zaadoptować do wysiłku i kilometrarz nie będzie duży, choć ewentualne wydłużenie zawsze biorę pod uwagę. Założyłem jakiś plan minimum i ruszyłem. W nocy padało więc generalnie zrobiło się mokro. Zbieg do Krzeszowa i wspinaczka na Górę Świętej Anny dały w kość. Po kilkunastu kilometrach spotykam na szlaku przyjaciela, który znakuje trasę do biegów, które mają się odbyć w sobotę. Po chwili rozmowy wyciąga z portfela stówkę i ujęty losem Filipka przekazuje je na jego rzecz super sprawa, gorące podziękowania. Dalej na Lesistą Wielką w bajkowej soczystej zieleni docieram do stóp Bukowca. Ostrzegano mnie przed tym podejściem, ale co tam. U stóp góry znajduję ruiny jakiejś kaplicy i sporo starych i zniszczonych kamieni nagrobkowych – zrobiło się tajemniczo. Podejście dało rzeczywiście w kość co odbiło się znacząco na tempie przemieszczania się. Delikatny zbieg do Andrzejówki, rekompensuje straty i pozwala na pitstop z jajecznicą – fantastico. 😉 W cudownym nastroju i z pełnym brzuszkeim ruszam dalej. Mijając po drodze Klin, Turzynę i Skalną Bramę przez Grzmiącą i okolice Wawrzyniaka docieram do Jedliny, a w zasadzie Jedlinki. Dobre samopoczucie pcha mnie dalej w drogę, ale jakaś siła każe mi usiąść na przystanku. Cóż, kupuje soczek pomidorowy w sklepiku i siadam na chwilę odpoczynku. Już po chwili wiedziałem, że to coś co kazało mi usiąść to opatrzność Boża, bo po kilku minutach lunęła na okolicę ściana deszczu. Na przystanku rozmawiam z pewnym Panem, który również uciekł pod dach w drodze po chleb do sklepiku. Po wysłuchaniu historii Filipka dzieli się tym co ma z naszym bohaterem i przekazuje 10zł na rzecz Fifiego mówiąc – kurcze, mam tylko 20zł w portfelu a muszę kupić chleb, 10zł dla dziecka 10 dla mnie będzie chyba sprawiedliwie 😉 . Dalej przez Strażową Górę, Jedlińską Kopę, Włodarz i Mosznę kieruję się do Rzeczki i Schroniska Orzeł. Na kilometr przed nim dopada mnie deszcz więc postanowiłem się na chwilę zatrzymać i załapałem się tylko, albo aż na kawę – takie to schronisko 😉 . Spotykam tam dwóch biegaczy z Warszawy, którzy również schronili się tam przed ulewą. Po kilkunastu minutach deszcz troszkę zelżał ale już do wieczora niestety nie ustał. Wspiąłem się więc na Wielką Sowę, gdzie spotykam wędrowca idącego w przeciwnym kierunku, chwila rozmowy, opowiadań i w drogę. Jeszcze kilka kilometrów w deszczu dzieli mnie od Zygmuntówki. Po 19-tej dopadam schroniska i przemoczony, ale uradowany idę pod prysznic by na świeżo zjeść kolację i uzupełnić braki w plecaku. O 20:30 już leżałem w łóżku i tuliłem się do snu 😉 by wstać o północy i ruszyć dalej.
Ze schroniska, nocą musiałem wspiąć się na Kalenicę – oj bolało tak z rana 😉 – by późninej łagodną granią i spokojnym zbiegiem dotrzeć tuż nad ranem do Twierdzy w Srebrnej Górze. W promieniach wschodzącego słońca dotarłem do Czerwieńczyc aby dalej zbiegnąć do Słupca. Oj zbieg ten nie skończył się dobrze 🙁 W połowie coś pstrykło w kolanie i miałem problem ze zrobieniem kroku. Troszkę mnie to zmartwiło, bo każdy krok sprawiał ból. Dotarłem do miasteczka i wyszukałem aptekę, w której zaopatrzyłem się w opaskę uciskową na kolano. Ścisłem kolano i wolno ruszyłem naprzód, pomyślałem o lekach przeciwbólwych, ale wiem, że zakłamanie jakie wprowadzą mogą doprowadzić do rozwalenia kolana i postanowiłem zwolnić, ale cisnąć naprzód. Ze Słupca, Drogą Krzyżową, i to dosłownie, bo te schody to dla mojego kolna katorga, wdrapałem się na Górę Wszystkich Świętych. Dalej już przez Ścinawkę, Wambierzyce i Studzienno, po wspinaczce dotarłem na Rogacz. Skalne Grzyby, Skalne Wrota to bajkowa trasa w burzy, na szczęście bez deszczu tylko z mżawką. Ten odcinek trasy jest dosyć trudny technicznie, głazy, mokre korzenie i pagórki sprawiły, że musiałem się mocno skupić na tym gdzie stawiam stopę, ale widoki rekompensowały mi ten stan zmęczenia 😉 . Siły dodało mi to, że gdzieś tutaj minąłem połowę szlaku i zaczęło dla mnie być z górki – do kropeczki. Przemieszczając się głównie granią dotarłem aż do Błędnych Skał, skąd już pozostał na ten dzień tylko zbieg do Kudowej Zdroju. I tu mocno się zdziwiłem, bo przecież jednym z głównych szlaków wiodących do głównej atrakcji tej okolicy (Błędne Skały) jest właśnie czerwony szlak, który jak to w polsze ludowej bywa, został kompletnie rozwalony przez bezmyślnych drwali. Błoto i koleiny uniemożliwiły nie tylko zbieg, ale nawet bezpieczne zejście na dół. To była przeprawa przez wertepy! Uwalony z błota jak małe prosie dotarłem koniec końców do celu dnia dzisiejszego. W pensjonacie czekał na mnie ciepły pokoik i gorąca kolacja, pyszności 😉 . Krótka analiza trasy i plan na jutro – Śnieżnik.
Z Kudowej do Duszników mam około 4 godzin nocnej przeprawy, jeszcze nie wiedziałem z jakimi przygodami 😉 Tuż po wyjściu z miasta w las dotarłem do ogrodzenia z drabinką z boku, jak rzy młodnikach. Bez chwili zastanowienia przeszedłem po drabince na drugą stronę. Mokro i błotniście pod nogami i brnę przed siebie kiedy w ciemności widzę migające oczka – sarenki myślę 😉 Nic bardziej mylnego. Kiedy zobaczyłem, że te małe migające oczka to cielątka, rozejrzawszy się wokoło lekko oniemiałem. Wokół mnie leżało, stało i zaglądało na mnie całe stado krów – spore stado – kilkadziesiąt do stu sztuk. Jako, że wychowałem się na gospodarstwie strachu nie czułem, ale też wiedziałem, że jak je spłoszę i wystraszę to może być nieciekawie. Powoli i po cichutku bez zbędnych ruchów i broń Boże fleszy dotarłem do drugiego końca pastwiska, tam była furtka 😉 . Wspinając się dalej na Grodziec, jakieś kilkaset metrów od pastwiska wlazłem na stado dzików – nosz kurna moje szczęście, że te czarne stworzonka wystraszyły się bardziej niż ja i uciekły w las a nie ruszyły w moją stronę 😉 Poziom ciśnienia tętniczego miałem już jak po sprincie na 100m. 😉 Na szczęście już bez większych przygód dotarłem do Duszników Zdroju tam znów pod wiatką przy jeziorku walnąłem sobie drzemkę, z której wybudził mnie telefon – może i dobrze 😉 Dalej dotarłem pod Kamień Rubertscha skąd miałem widok na ogromie rozbudowaną bazę narciarską w Zieleńcu – jestem pod ogromnym wrażeniem. Dalej raczej po równym i pagórkowatym terenie, umęczony docieram do schroniska Jagodna, gdzie zarąbiście fajna obsada podaje mi obiadek, który daje mi wiele sił na dalszą trasę. Plan na dzisiaj bardzo ambitny, ale trzeba się spinać by dotrzeć na Śnieżnik, do pokonania jeszcze około 30 kilometrów. Długi i równy zbieg pozwolił na szybkie dotarcie do Długopola Zdroju i tu na punkcie widokowym Wronka strzeliło mi 300 km w nogach. Już wiem, że mam jeszcze do pokonania około 160 km a na sam Śnieżnik 23 kilometry. Licząc, że pod igliczną zjem coś ciepłego, w końcu to schronisko PTTK, nie szczędziłem sił na dotarcie tam. Ogromne rozczarowanie – punkt informacyjny, schronisko PTTK – zabarykadowane, mimo że samochody opiekunów stały pod wiatą. Jak dla mnie kompletna żenada. Pocisłem batonami i w długą. Przez Międzygórze i dalej bardzo równą trasą górską w stronę Śnieżnika. Ale jeszcze zanim to wszystko, mijałem zapierający dech w piersiach obiekt turystyczny przy Wodospadzie Wilczki. Na sam Śnieżnik tylko ostatnie półtorej kilometra to typowy szlak górski, a powiem szczerze, że obawiałem się tego podejścia. Poszło gładko i szybko chociaż końcówka w deszczu i wietrze. Po drodze spotkałem parę z Krakowa, która również po krótkiej rozmowie bez wahania zrobiła przelew na siepomaga dla naszego Filipka – dziękuję 😉 . Schronisko fajne, z potencjałem, ale opiekun – szkoda gadać. Na dole imprezując ze znajomymi przyjmował mnie już wstawiony. Nigdzie nie znalazłem dostępu do prądu aby doładować sprzęty na następny dzień. Prysznice dodatkowo płatne – jakieś nieporozumienie. Ruszając rano (1:00) spotykam się z opiekunem schroniska, który już mocno wstawiony zaczyna krytykować moją inicjatywę i obrażać nie tylko mnie alei innych długodystansowców i moją żonę, która mając nieodparte wrażenie, że może zapomnieć potwierdzała możliwość noclegu. Przemilczałem to ale dzień zaczął mi się na dużym wk……, i rano nawet nie nagrywałem relacji aby coś za dużo nie powiedzieć. Po tych moich odczuciach jedyne co o tym człowieku myślę, pozostawię dla siebie, aby nie zniżać się do jego poziomu.
Sobota, wiem, że zostało mi 137 km i próbuję to racjonalnie podzielić. Plan na początek 80 km dzisiaj i 60 na niedzielę. Ruszam. Pierwsze kroki kieruję na Czarną Górę, gdzie oznakowanie pozostawia wiele do życzenia, pogubiłem się kilka razy i dobrze, że gps mnie poprawił. Dalej przez Lądek Zdrój i Orłowiec dotarłem na Jawornik Wielki aby zbiegnąć z niego do Złotego Stoku. Zbieg fajny i szybki, a w Złotym Stoku znowu u obajtka zjadam śniadanie i piję kawę. Krótka rozmowa z żoną i ruszyłem w dalszą drogę. Plan na nocleg miałem na Sławniowice, ale w Paczkowie po rozmowie z moim wsparciem już wiedziałem, że muszę dotrzeć aż do Głuchołazów. Kurcze, cieńko. Mam do pokonania 44km i 6 godzin na nocleg, a tylko 5 aby załapać się na kolację. Nie będę opisywał Wam trasy od Złotego Stoku aż do Głuchołazów, bo to głównie asfalty i wioski, a do miejscowości Łąka to prawie 50km samego asfaltu, dalej tak pół na pół. Ale do rzeczy, bo to co się tutaj wydarzyło to jakiś psychologiczny fenomen. Usiadłem w cukierni na rynku, Pani pozwoliła naładować sprzęty i przy kawie, ciastku i lodach zacząłem formatować mój mózg. Nawiasem mówiąc, Pani chciała mnie reanimować i wzywać pogotowie, musiałem bardzo dobrze wyglądać 😉 .Zacząłem kasować z pamięci pokonane blisko 370 kilometrów i nastawiać organizm, że jest po rozgrzewce i ma do pokonania maraton. Na szczęście teren przede mną zapowiada się raczej pagórkowaty niż górski, więc jeżeli go dobrze nastawię powinno udać się dobiegnąć. Dochodzi 16 i wyrzucam z plecaka wszystko, co może odciążyć wagę. Do kosza poleciały dwie kole i dziesięć batonów, zabrałem tylko ubrania i środki higieniczne oraz 200ml wody i dwa snikersy. Kilometr szybkim marszem i ruszyłem robiąc krótkie przerwy w biegu co około pięć kilometrów, tak mniej więcej jak jest na maratonach asfaltowych. Po dwudziestu kilometrach dopadła mnie pierwsza burza, na szczęście krótka i po kilku minutach na przystanku już biegłem dalej. Teren miejscami błotnisty co utrudnia sprawę. Druga połowa maratonu, to trochę więcej górek więc wolniej pod górę ale na pełnym gazie w dół. Tuż przed Głuchołazami dopada mnie druga burza i chowam się pod mostkiem aby nie przemoknąć. Tu czekałem już kilkanaście minut. Ruszyłem dalej jak jeszcze kropiło ale gonił mnie czas. Nie wiem jak, ale po 4 godzinach i 50 minutach wchodzę do hotelu – wyczerpany ale szczęśliwy. Zamówiłem jedzenie i poszedłem się ogarnąć. Po posiłku i uzupełnieniu plecaka zadzwoniłem do Żony i opowiedziałem co było i co mnie czeka oraz jak może to wyglądać. Wiedziałem, że dałem popalić mięśniom i nie miałem pewności, czy ich nie zakwasiłem. Budzik nastawiłem na 4, zostało mi do Prudnika tylko 38 km więc na luzie, jeżeli nic się nie wydarzy.
Niedzielny wschód słońca to bajeczny widok z Przedniej Kopy. Złote promienie słońca wdzierały się przez dolinę na trasę, jakby chciały powiedzieć – to jest Twoje zwycięstwo, to jest Twój dzień. Koniec bujania w obłokach i rozpoczynam zbieg, przez Podlesie i Jarnołtówek by wspiąć się Biskupią Kopę, gdzie spotykam fantastyczną rodzinkę z Pszczyny. Razem pokonaliśmy kilka kilometrów, aż do Szyndzielowej prawie, było mi bardzo miło spotkać, poznać i porozmawiać. Sam zbiegłem do Pokrzywnej na śniadanie i truchtając przesuwałem się dalej. Już wiedziałem, że około czternastej dotrę na miejsce i tak też zadzwoniłem mojej kochanej Usi. Z ciekawszych rzeczy na tym, odcinku to chyba kościółek Pod Kozią Górą i sam las 😉 Tutaj miałem małą rozkminę, bo jak zbiegłem już na obrzeża Prudnika z bólu musiałem usiąść, a że nie było gdzie, usiadłem na chodniku i oparłem się o plecak. Zastanowiła mnie znieczulica ludzi. Minęło mnie kilkanaście samochodów i nikt, dosłownie NIKT nie zapytał, czy nie potrzebuję pomocy, pokolenie smartfona, szkoda gadać. Końcówka to już trucht przez miasto i podbieg do dworca PKP w Prudniku, gdzie mój największy skarb czekał na mnie z otwartymi rękoma.
Kończąc chciałem jak zawsze podziękować. Po pierwsze mojej ukochanej Usi za wyrozumiałość i wsparcie, i że rozumie te moje stany umysłu. Na wielkie dzięki zasługują wszyscy partnerzy mojego wyzwanie, którzy w jakikolwiek sposób. Czy to wpłaty, czy transport, czy inny przyczynili się do jego sukcesu. No i oczywiście Filipowi za to, że mogłem razem z nim pokonać tę trasę, było mi niezmiernie miło. Dziękuję wszystkim, którzy kibicowali, pchali kropkę i wpłacali na skarbonki Filipka, to dzięki Wam nie byłem sam na trasie – Dziękuję!!!!!!
Brak komentarzy

Skomentuj artykuł