Lament Świętokrzyski 80 – 2019

Lament Świętokrzyski 80 – 2019

Lament Świętokrzyski 80km – 2019

 

Zwykły start w zwykłych zawodach, tak miało być, tak miałem sobie zaplanowany ostatni start w zawodach w tym roku. Na miejscu byłem pół godziny przed czasem i nic nie zapowiadało tragedii, czy jak to organizator nazwał „LAMENTU”. Rozgrzewka, rozciąganie, wszystko jak zawsze – luz psychiczny. Plan, pokonać trasę w 10 do 12 godzin 😉 O 3:00 wypuszczono na trasę ponad osiemdziesięciu szaleńców. Na nasze szczęście jeszcze nie padał deszcz, ale to chyba uśpiło moją czujność. Kilkaset metrów od bramy Puszczy Jodłowej ujechałem na mokrym kamieniu i zaliczyłem dosyć bolesną glebę. Naciągnąłem wiązadło, pachwinę i obtłukłem biodro – bieg bez gleby uważa się za niezaliczony 😉 Na adrenalinie startowej bez większych problemów dostałem się na pierwszy punkt na 18 kilometrze przy klasztorze na Świętym Krzyżu. Klimat tego miejsca we mgle i nocą był taki zaczarowany, że początkowo nawet nie odczuwałem silnych podmuchów wiatru. Po posileniu się i napojeniu ruszyłem w dalszą drogę. Przede mną 32 kilometrowy odcinek do punktu w Starym Nieskurzowie, więc jest czas na przemyślenia 😉 Fajne bieganie po Górach Świętokrzyskich zakończyło się dla mnie na 43 kilometrze po 6 godzinach i czułem już biodro, pachwinę i do tego lewe kolano, które chyba podświadomie po upadku brało na siebie więcej z biegu. No cóż, spojrzałem na czas i stwierdziłem, że jestem za daleko żeby się wycofać 😉 Od kilu godzin biegłem już w deszczu co na razie mi specjalnie nie przeszkadzało. Tempo spadło mi drastycznie i na punkt wpadam dopiero po 8 godzinach. 🙁 Szybki posiłek, smarowanie kolan i dalej w drogę bo czas leci, a ja mogę już nie przyspieszyć a następny przystanek 15 kilometrów dalej, ponownie na Świętym Krzyżu. To było 15 kilometrów, które zabiło mój organizm. Deszcz i wiatr na asfaltowym odcinku w Kakoninie spowodowały u mnie spore wyziębienie organizmu. Wszystkie próby rozgrzania się biegnąc kończyły się koszmarnym bólem pachwiny i przechodzeniem do marszu. Na szczęście podejście pod klasztor pozwoliło mi na chwilowe rozgrzanie organizmu. Na punkcie napiłem się ciepłej zupy i ruszyłem na ostatni 15 kilometrowy, zabójczy już dla mnie odcinek. Zadzwoniłem jeszcze do Żonki co ma zabrać na metę i o której się tam pojawię. O ile pierwsze 7 kilometrów było jako tako, to końcówka po ciemku w deszczu i mgle spowodowała u mnie termiczne załamanie. Cały organizm drżał z zimna, a do tego co chwila stawałem nogami w zimnej wodzie. Dobrze, że zadzwoniłem wcześniej do Żony, bo teraz już byłem tak zesztywniały, że nie potrafiłem nawet wyjąć telefonu z kieszeni. Czułem, jak zaczyna mi chwytać stawy i wiedziałem, że jak się zatrzymam to już nie ruszę i jedyną dla mnie drogą jest stały marsz. Dotarłem na Łysicę i już z daleka słyszałem: k….a nareszcie, po czym sam to samo powtórzyłem 😉 Zejście z góry okazało się nie lada wyzwaniem. Gołoborze nie ułatwiało sprawy. Skatowane już nogi, lewe kolano i prawa pachwina w połączeniu ze śliskimi kamolami zdawały się torem przeszkód a nie trasą biegu. Byłem na Łysicy kilkadziesiąt razy i odliczałem metry do kolejnych punktów – kładka, zakręt, schody, kapliczka, brama, klasztor i już meta. Tuz przed metą widzę oczekującą Żoneczkę, którą po raz pierwszy minąłem szepcząc tylko chodź ze mną na metę. Dotarłem, totalnie wyziębnięty z medalem na szyi pierwsze kroki kieruję do schroniska aby przebrać się w suche ubrania. Po kilku minutach pojawia się uśmiech, zadowolenie i możliwość rozmowy. Kilka zdań z Żoną i już czuję się lepiej. Wracamy do hotelu z kolejną lekcją życia w biegu 😉 cenną lekcją. Tak dla mnie to był LAMENT.

Na zakończenie mojej opowieści, klasycznie pragnę podziękować wszystkim Uczestnikom, Wolontariuszom i Organizatorom za to wspaniałe wydarzenie sportowe. Gorąco dziękuję Usi, która zawsze jest tam gdzie ja i zawsze ma przy sobie to czego potrzebuję. 😉 Koniec sezonu, teraz laba i przygotowania do kolejnego roku 😉

No Comments

Post A Comment