Łemkowyna Ultra Trail 150 – 2019

Łemkowyna Ultra Trail 150 – 2019

Łemkowyna Ultra Trail 150 – 2019

Klasyk gatunku. Bieg, a raczej festiwal biegów, które obarczone są mianem klasyków na mapie ultra. To zobowiązuje. Całość zabawy zaczyna się już przy samych zapisach, ale znalezienie noclegu to już wyższa szkoła jazdy 😉 Na moje szczęście „kierownikiem” logistyki jest moja żona, która nawet w takich zapomnianych krańcach świata coś znajdzie 😉 Ale do tematu. Do Komańczy dotarliśmy w piątek około 13-tej więc można było się troszkę rozejrzeć gdzie jest meta, gdzie przystanek, gdzie sklep itp. Po zakwaterowaniu i relaksie zebraliśmy się i żona podwiozła mnie na autobus organizatora, który wywiózł nas do Krynicy Zdroju. Podczas trzygodzinnej jazdy złapałem troszkę snu, co bardzo mi się przydało. W Krynicy podczas odbierania pakietu bardzo dokładna kontrola wyposażenia obowiązkowego i czekamy na start. Dziesiątki ultrasów z dystansów 100 i 150 kilometrów w pijalni głównej poleguje na wszystkim co się da. Zbliża się godzina zero czyli 12:00 w nocy i przechodzimy na strefę startu. W głowie tysiące myśli, a w nogach jeszcze poprzednie starty, które mocno potrafią dać się we znaki. Poukładałem sobie plan na minimum i maximum moich możliwości, ale całość zawisła na włosku kilka kilometrów od startu, kiedy zaczęły się przygody z moimi jelitami 😉 No cóż, walczyłem z nimi dzielnie do 40 kilometra dosłownie kłócąc się z własnym organizmem, że nie pozwolę mu zepsuć mi ostatniego startu z wyzwania. Pewnie jakby ktoś z boku mógł to słyszeć to by mnie na leczenie wysłał 😉 Piersze dwa punkty odżywcze czyli w Ropkach i Wołowcu poszły sprawnie i zgodnie z planem, pomimo częstych odwiedzin ciemniejszej strony lasu 😉 Niestety, rewolucje mojego organizmu na tyle mnie osłabiły a do tego ten odcinek uważam za najtrudniejszy, że musiałem troszkę się pomęczyć zanim na nowo dostałem pełnej energii. Po uzupełnieniu mocy na Wołowcu właśnie, zacząłem od nowa rozkręcać organizm, czemu bardzo mocno sprzyjała pogoda pomimo bardzo silnego wiatru. Pierwsza nocna część za mną więc tylko się cieszyć, że nastał nam dzień. Okazało się właśnie, że kabel do czołówki pozostał w hotelu i po osiągnięciu miejsca na tyle cywilizowanego, że stał się zasięg telefonii i mogłem moją lepszą połowę poprosić o dostarczenie go do najbliższego punktu czyli do Chyrowej. Plan maximum udało mi się utrzymywać właśnie do tego punktu, na którym też zlokalizowany był przepak, a obsługa na punkcie jak w czterogwiazdkowej restauracji 😉 W Chyrowej, gdzie spędziłem trochę więcej czasu, po zjedzeniu i napełnieniu bukłaków płynami postanowiłem zmienić buty. Startowałem w obuwiu przygotowanym raczej na błoto, którego wg mojej oceny prawie na trasie nie było, więc zamiana podeszwy agresywnej na taką, która daje większą amortyzację wydawała się oczywista. Naładowany na punkcie zarówno jedzeniem, jak i pozytywną energią wolontariuszy i mojej żonki ruszyłem na dalsze zmagania z dystansem. Podejście tuż za punktem dało czas na strawienie posiłku co pozwoliło na późniejszy zbieg bez przygód i kolek 😉 Przede mną około 20 kilometrów do Iwonicza, gdzie metę mają biegacze z setki. Jakoś tak powoli się rozkręcałem, że nawet nie zauważyłem jak topnieje moja możliwość utrzymania planu maximum. Dobiegłem do samej miejscowości i do punktu było kilka kilometrów koszmarnego podbiegu po asfaltach i betonach, co ciągnęło się niemiłosiernie i co zakręt nasłuchiwałem czy słychać jakiekolwiek odgłosy punktu. W końcu jestem, ale radość mieszała się z obawą, prawdziwa próba charakteru. Z jednej strony masz pełny brzuch i chwilę odpoczywasz ale patrząc na tych co kończyli w tym miejscu zacząłem im zazdrościć końca biegu mając świadomość kolejnej nocy i jeszcze 50 kilometrów do pokonania. Szybko musiałem się otrząsnąć i zawijać z punktu, aby głowa nie spłatała jakiegoś psikusa. Już kilometr dalej było ok, głowa wiedziała jaki ma cel i zapomniała o mecie dystansu 100km. Większość pionów miałem już za sobą co napawało optymizmem. Kolejnych kilkanaście kilometrów to fajny odcinek górskiej trasy, który niestety przed samym punktem w Puławach, może ze trzy kilometry, zamienił się w męczący asfalt. Cały czas wiedziałem, że do mojego max planu mam około godziny straty, a sił coraz mniej i przerwy na punktach dłuższe. W Puławach znowu spotkałem na punkcie przyjaciela, z którym pogadanka dobrze mi zrobiła – dzięki Piotrek za wszystko. Do mety w Komańczy jeszcze tylko dwa odcinki po około 14 kilometrów. Dobrze podzielony dystans 😉 Na punkcie w Przybyszowie witała nas bardzo miła ekipa i muzyka przy ognisku. Około drugiej w nocy wyruszyłem na ostatni odcinek, 13,5 kilometra do mety. SMS do żony, o której planuję być na mecie, zawijam dupsko z wygodnego krzesełka i ruszam. Wolno pod górę by na płaskich odcinkach i zbiegach troszkę popracować, gdyż plan minimum zakładam dotarcie mety przed 30 godzinami a gdzieś z tyłu głowy miałem zakodowane że to wypada na 5:00 rano i trzeba było się troszkę spiąć by zmieścić się w planie. Na zbiegach ból w kolanach zmusza mnie do zatrzymywania się co chwila aby dać nogom chwilę oddechu. Na ostatnich pięciu kilometrach widzę, że coś jeszcze mogę poprawić więc przyspieszyłem i mijając jeszcze kilka osób wpadam na metę w Komańczy z czasem 28 godzin 28 minut i 45 sekund. Na mecie, a w zasadzie 300 metrów przed, przywitała mnie moja wspaniała żoneczka, której uśmiech i całus pozwolił mi zapomnieć o tym co przeszedłem. Mega szczęśliwy przekraczam linię mety, gdzie dwóch Panów i jedna Pani wręcza mi dzwoneczek. Na mecie załapałem oddech, zjadłem zupę, wypiłem kawę, za którą musiałem ZAPŁACIĆ i wracamy do hotelu i dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że do trzydziestu godzin miałem półtorej godziny zapasu, że czas minimum kończył mi się o 6:00 a nie o 5:00 😉

Podsumowując, trasa biegu bardzo fajna i urozmaicona. Przewyższenia jedynie na pierwszych 40 kilometrach dały mi popalić potem było w miarę biegowo. Można było lepiej, można było gorzej, może gdyby … nie rozmyślam, ukończyłem i żyję. Przy okazji tego startu zakończyłem też moje #ultrawyzwaniebiegowe, które dało mi mocno popalić i patrząc z perspektywy całości było szaleństwem, ale o tym w osobnym artykule. Punkty na trasie rozmieszczone bardzo fajnie, w miarę jednolite odcinki fajnie dzieliły bieg. Na samych punktach kosmos. Jedzenie, picie i przede wszystkim ludzie zajebiści. Nic, ale to kompletnie nic nie brakowało 😉 Gorące przywitanie i natychmiastowa pomoc podnosiły mnie mocno na duchu i dlatego mogę Wam ten bieg polecić z całego serca. W tym roku aura była dla nas łaskawa i trasa była sucha, może ze 20 kilometrów błota na całości to nic i dlatego miano błotnego ultra w moich oczach pozostawiam w Rymanowie. Gorąco w tym miejscu chciałem podziękować wszystkim biegaczom i tym z którymi nie było mi dane rozmawiać i tym, z którymi spędziłem długie kilometry na rozmowach, dzięki Wam taki bieg to sama przyjemność 😉 Nie mogę nie napisać tutaj o Wolontariuszach, bez których punkty byłyby tylko byle ławkami z żarełkiem, a nie ciepłą i przyjazną dla biegacza oazą odpoczynku i regeneracji – dziękuję Wam za tę bardzo ciężko robotę. Słowa podziękowania kieruję tez do Organizatorów, opieki medycznej i osób zabezpieczających trasę – szacunek. Na sam koniec chciałem podziękować mojej najwierniejszej fance, która nie przesypia żadnej z przebiegniętych przeze mnie nocy – Kochanie Dziękuję z całego serca 😉

No Comments

Post A Comment