ULTRAWYDMA 100-2019

ULTRAWYDMA 100-2019

ULTRAWYDMA 100 – 2019

Jak to na Sławka i jego ludzi przystało, klimat biegu, trasa i punkty to megapozytywne zjawisko ultra świata. Biuro zawodów zlokalizowane w Hali widowiskowo-sportowej w Łebie nie sprawiało problemów lokalizacyjnych, szczególnie teraz jak uliczki nadmorskiej miejscowości świecą pustkami. Sama Łeba, jak to miasteczko – bardzo mnie urzekło a plaża to mega gigantyczna piaskownica, coś wspaniałego. Morze samo w sobie dosyć zimne, ale jak na początek „morsowania” było ok.

Ale do biegu. Na całość zawodów składają się trzy biegi na dystansach 20; 50 oraz 100 kilometrów. Każda z nich biegnie częściowo po plaży i wydmach, ja skupię się na dystansie 100km, a właściwie 93 bo tyle mi namierzył zegarek. Pierwsze 41 kilometrów do punktu kontrolno-żywieniowego w Rowach to właśnie bieg po piachu.

Część plaży fajna, jak szuter ale co by to była za plaża gdyby buty się nie topiły w piachu 😉 Na tym odcinku dostałem mocno po udach, ale i po psychice – stale długie i proste odcinki. Najgorsze co mnie mogło spotkać to właśnie to, że daleko widzę co mam przed sobą – męczarnia dla mojej głowy 🙁 Jestem raczej zwolennikiem biegów górskich gdzie teren zmienia się co chwila i troszkę inaczej pracują mięśnie niż w przypadku płaskich biegów, dlatego dosyć szybko zacząłem czuć zakwaszające się mięśnie. Ale cóż, wybrałeś chłopie bieg to zap….. 😉 Wyniszczający moje czwórki i dwójki piach i wizja startu 150 za tydzień dyktowały mi raczej konwersacyjne tempo, co pozwoliło mi na swobodne obstawianie tyłów stawki, dzięki czemu mogłem swobodnie, bez spinania się, że ktoś mnie goni podziwiać uroki Bałtyku i Parku Narodowego.

Kawałek za pierwszym punktem poczułem się przez chwilę jak ryba w wodzie gdzie podbieg pod latarnię morską w Człopinie odsłonił dla moich nóg fantastyczny zbieg do plaży. Niestety nie trwało to długo 😉 ale i to ucieszyło 😉 . Podczas tego plażowego odcinka dane mi było zwiedzić między innymi Wyrzutnię, Wydmę Łącką oraz Czołpińską, pewnie bym tam nie poszedł nawet będąc na wczasach i mając mnóstwo czasu 😉

Po minięciu punktu w Rowach zakończyła się męka z piachem. Niestety, moje umęczone mięśnie nie pozwalały na rozpędzanie się i delikatnie truchtając podążałem dalej delektując się ciszą i czystością parku. Tuż przed punktem w Smłodzinie znowu dane mi było troszkę „pogórkować” i mimo schodów kończących podbieg, na zbiegu bawiłem się jak dzieciak 😉 Punkt zdobyłem dokładnie o godzinie 13:13, co nie umknęło uwadze koleżanki, która wpisała głośno mówiąc: Michał nr 13 o godz 13:13 – aleś to wycelował 😉 Pyszna zupka postawiła mnie na nogi, lecz niestety teren po jakim przyszło dalej biegnąć to spory odcinek płyt i asfaltu a tego nie lubię mając na nogach buty pod błotne trasy, które owszem ani jednego ziarenka piasku nie puściły ale zerowa amortyzacja nie pozwalała moim stopą na szaleństwa. Na szczęście po kilkunastokilomtrowym odcinku zbiegliśmy do Parku na błotko. Coś co moje nogi lubią, miękko pod stopami i deszczyk z nieba. Mogłem troszkę przyspieszyć. Dobiegając do punktu w Izbicy koleżanka witała mnie już z daleka i doprowadziła kilkaset metrów, bardzo to było miłe, dziękuję 😉 Wszamałem kiełbachę z ogniska, napiłem się kawy uzupełniłem płyny i ruszyłem na ostatni 15 kilometrowy odcinek do mety. Fajny urozmaicony niewielkimi pagórkami zalesiony odcinek 10 kilometrów szybko mi przeleciał. Wybiegając lasu zostałem przywitany na drodze przez cielątko i krowy. Na szczęście te drugie były za ogrodzeniem 😉

Kocówka to prostka w zaroślach obok jeziora i tak do samej Łeby. W Łebie tuż przed metą zegarek poprowadził mnie nieco inaczej i nie wiedziałem gdzie jestem, dopiero jakaś para mi woła nie tam, w drugą stronę i dobiegłem do przystani. Wybiegając po schodkach zauważyłem moją lepszą połowę zapatrzoną na ślad GPS, który był jeszcze daleko od mety i jakież było jaj zdziwienie kiedy zapytałem gdzie jest do k.. ta meta, bo się potraciłem 😉 Tak oto nawigowany przez obcych i moją żonę znalazłem drogę do upragnionej mety i zakończyłem zmagania z czasem 13 godzin 46 minut i coś tam sekund Hej!!! 😉

Podsumowując, bieg sam sobie bardzo fajny, szczególnie dla biegaczy, którzy lubią płaskie wybiegania. Dla mnie to coś nowego i ze względu na piach i długość płaskiego dystansu. Cała impreza przygotowana po mistrzowsku. Miałem okazję u nich biegnąć i „Spiską pętlę” w 2018 i „Janosik Legenda” w tym roku i muszę organizatorom przyznać wysoki poziom przy podejmowaniu wyzwania organizacji biegu – brawo. Dupsko mnie szczypało jeszcze z godzinę 😉 Atmosfera towarzysząca imprezie jest tam mega pozytywna, że aż się nie chciało wracać. Punkty wypasione jak trzeba. Wolontariusze na punktach to ludzie z pasją i zamiłowaniem wykonujący swoje czynności. Mili, uśmiechnięci i uczynni pomimo tego, że biegłem jako jeden z ostatnich witany byłem jak zwycięzca za co im bardzo dziękuję bo to ładowało mnie na dalsze odcinki BRAWO i SZACUNEK. Jeżeli ktoś z Was szuka płaskiego ultra w październiku polecam z całego serca i nóg, bo naprawdę warto przy takiej organizacji i z takimi ludźmi pokonywać każdy dystans. Jeszcze raz gorące podziękowania dla wszystkich Uczestników, dla Organizatorów i oczywiście dla Wolontariuszy – świetna robota. Oczywiście co by było gdybym nie podziękował najwierniejszej fance moich zmagań – Dziękuję Kochanie 😉

ps

Nie był bym sobą gdybym nie dołożył tylko troszkę dziegciu. Pytając o ilość asfaltu na trasie otrzymałem info, że 5-7% – było chyba troszkę więcej, ale fakt, nie pytałem o płyty betonowe 😉 Pozdrawiam.

No Comments

Post A Comment