Baran Trail Race 132km

Baran Trail Race 132km

Baran Trail Race 132km

Hm. Ciężko mi zacząć bo nie wiem od czego. Wiem tylko, że na BTR jechałem pełen niepokoju, miałem przecież za sobą ledwo co ukończone dwa inne ponad stukilometrowe ultra i nie byłem pewien czy wystarczy mi sił. Jakoś o głowę się nie martwiłem, bo przy tak zrytej bani byłem pewien, ze podoła 😉 Widząc profil trasy oraz znając przewyższenia, wiedziałem, że lekko nie będzie. Dosyć starannie się przygotowałem do startu, bo to mój pierwszy bieg po nieoznakowanej trasie i do tego z punktami tylko co 42 kilometry. Sprawdziłem jakie miejscowości i schroniska mam po drodze i gdzie mogę dostać jakiś prowiant. Wszystko dopracowałem w głowie jak należy.

Przyjechałem do Węgierskiej Górki coś około jedenastej i od razu odebrałem pakiet. W biurze przywitały mnie przemiłe Panie oraz kierownicy zamieszania Michał i Dominik. Sprawdzili mi całe wyposażenie obowiązkowe – nosz holender, nie uwierzyli na słowo tylko musiałem pokazać 😉 Zaproszono nas na 12:00 aby odebrać nadajniki GPS przed startem, który miał się odbyć równo o 13:00. Parę fotek, kilka uścisków ze znajomymi i zaczynamy odliczanie. 13:00 i poszli. Trzydziestu jeden nienajedzonych biegania ultrasów ruszyło na sprawdzian swoich możliwości.

Jeszcze wtedy miałem nadzieję dobiegnąć do mety w ok 23 godziny, b o tak sobie policzyłem w moim planie optymalnym, ale plan awaryjny również miałem rozpisany na limit 😉 Pierwsze trzy kilometry asfaltem lekko pod górkę i potem ostre podejście przez Słowiankę na Romankę. Spoko, nogi na luzie i bez spiny wniosły mnie na poziom 1366mnpm po czym ruszyły do szybkiego zbiegu, który już taki bezbolesny nie był 😉 Na dole w miejscowości Sopotnia Wielka zatrzymałem się na małe zakupy w sklepie, gdzie dowiedziałem się, że banany wyszły bo koledzy wykupili  😉  no cóż. Zakupiłem pomarańcze i pepsi i zabrałem się za zdobywanie Pilska. Około dziesięciokilometrowe, ostre podejście pozwala na strawienie owocków i na ułożenie dalszej strategii. Tutaj jeszcze nie byłem pewien tego, czy będę cisnął na 23, czy na 27 godzin. Na ten czas było dobrze i noga podawała, a organizm wytrzymywał. Długi zbieg z Pilska pomieszany z podbiegami dał popalić już moim potłuczonym stopom, ale jakoś o tym starałem się nie myśleć. Nastała noc i czołówka zawitała na moim czole. Kilka kilometrów pod górę i będę na pierwszym punkcie kontrolno-odżywczym w Bacówce na Krawcowym Wierchu. Nic nie było w stanie zabronić mi zjeść zupy pomidorowej, która okazała się tak pyszna, że pozwolę sobie stwierdzić iż w najlepszych restauracjach takie nie podają., a nawet chyba w domu takiej nie jadałem (przepraszam kochanie, Twoja też jest pyszna, ale…. ) 😉 Po posileniu się i zatankowaniu wody ruszam w kierunku wskazanym przez wolontariuszy, którzy na tym punkcie pobili dla mnie rekord uprzejmości i uczynności do biegnących. Wielkie DZIĘKUJĘ 😉 Pierwszy maraton dzisiejszego dnia mam w nogach, pozostało już tylko 90 kilometrów do mety, ale ja nie tak liczę dystans ultra. Każdy jeden rozkładam sobie na odcinki od punktu do punktu i tak też uczyniłem, więc miałem do pokonania kolejne tylko 42 kilometry. Ten odcinek był o tyle ważny, że na drugi punkt trzeba było dotrzeć przed upływem 17 godzin. Miałem zapas, ale w miarę kilometrów topniał, a ja opadałem z sił i do tego jeszcze ten „Oszust” – menda jedna wykończyła mnie totalnie 😉 a na domiar złego pojawiło się coraz więcej starych wyłomów na trasie, które utrudniały bieg. Patrzyłem na niesamowitą siłę Kseni, która cisła pod górę tak jakby było płasko, szok. Koniec końców po pokonaniu tych trudności zbiegłem do Soblówki i czekało na mnie podejścia na Halę Rycerzową. Lekko nie było, a do tego na górze mgła nie pozwalała na szybsze zbieganie. Zrobiło się jakby zimniej i dopadł mnie kryzys, którego rozchodzenie zajęło mi kolejną godzinę. Udało się. Do punktu na Wielkiej Raczy miałem około 13 kilometrów. Nogi znowu ruszyły i na punt dotarłem z zapasam niespełna godziny. Dostałem pysznego rosołu, uzupełniłem wodę posmarowałem kolana i kostki i ruszyłem w dalszą drogę razem z Adrianem. Kolana już czułem dosyć mocno, więc zbieg robiłem na kilka razy, ale na szczęście wstało słoneczko i widoczność była lepsza co poprawiało komfort poruszania się. I teraz tak na przemian, zbieg na Roztoki i pod górę na Przegibek, zbieg do Rycerki i pod górę na Młoda Hora, zbieg na dół i pod górę przez Kotarz na Muńcuł, po czym zbieg do Ujsuł i ostatnia kiepa, ostania wspinaczka przez Kręcichłosty i Redykalną na Lipowską, gdzie był trzeci i ostatni punkt. Jak i na poprzednich szybka zupka, tym razem krem z dyni trochę owoców i tym razem izo do picia na resztę trasy. Zwykle nie pijam izo na biegach, ale woda i kola, a szczególnie woda po prostu już przelatywała tylko przez mój organizm i postanowiłem troszkę wody zatrzymać poprzez podanie izo i przyniosło to oczekiwany skutek. Byłem już kompletnie wymęczony i obolały a i Adrian nie pałał szczęściem 😉 Zerknęliśmy na czas i mimo bólu musieliśmy wszystko co tylko się dało zbiegać, aby wyrobić się w limicie. W kolanach czułem gorąc i ból a i stopy nie były obojętne. Po zdobyciu Hali Boraczej, pozostało nam w zasadzie około pięciu kilometrów bardzo bolesnego już zbiegu. Postanowiłem, że jedyne myśli jakie do siebie dopuszczę, to te o przepysznym obiedzie w domu, co pomogło mi zająć się ssaniem w żołądku a nie bólem nóg 😉 Niestety, ostatnie trzy kilometry to klepanie asfaltu więc tylko schabowy ratował mnie od przeklinania końcówki trasy 😉 Razem z Adrianem docieramy w końcu do parku i mamy około 800 metrów do mety. W tym momencie wszystko przestaje się liczyć. Zapomniałem o bólu, o zmęczeni i nawet o schabowym z kapustą zasmażaną 😉 i resztą sił wpadamy z kolegą na metę odnotowując czas 26:19:04. Mamy to!!!! Baran zdobyty, powalony i chwycony za rogi!!!!! Na mecie wspaniały komitet powitalny zawiesił na mojej szyi medal. Wierzcie mi albo nie, ale chwyciło mi mowę. Kurna, wzruszyłem się!!!! Jedyne co wybełkotałem, to gdzie są prysznice 😉 Po chwili mogłem już mówić i zadzwoniłem do mojej cudownej Żony, krótko zdałem relację i poszedłem się odświeżyć – czułem się jak nowo narodzony po tym prysznicu. Zaraz potem nakarmili mnie makaronem z mięchem i na dokładkę z warzywami 😉 Rozdanie nagród najlepszym i losowanie upominków pozwoliło mi do domu przywieźć nową czołówkę 😉 (Michał sorry muszę to powiedzieć, ale nagłośnienie to jedyny słaby punkt całej imprezy ale chyba musisz to poprawić bo zepsuło obraz całokształtu).

Podsumowując, bieg zaliczam do kategorii trudnych technicznie. Nie oznacza to, że jest nie do pokonania – wręcz przeciwnie, stanowi swego rodzaju wyzwanie, które warto podjąć. Dla mnie był kolejnym 10 już puzlem #ultrawyzwaniabiegowego i Bogu dziękuję, że dał mi siłę na jego ukończenie. Podobno modlitwy zanoszone przy takich wysiłkach przed Jego oblicze są szybciej wysłuchane, ja w to wierzę 😉 Tylko trzy punkty odżywcze i brak oznaczenia trasy dodają pikanterii całemu wydarzeniu i zawyżają poziom wyzwania. Na samych punktach, jak już pisałem, mega obsługa i mega wypasione posiłki. Niczego nie brakowało a wręcz przeciwnie, Wolontariusze gdybyśmy tylko chcieli wyprawialiby nas na trasę jak babcia z domu – z pełnym brzuchem i plecakiem 😉

Na koniec moich opowieści chciałem gorąco podziękować wszystkim towarzyszą biegu, tym co razem ze mną wystartowali w ten szaleńczy bieg, a w szczególności Adrianowi i Kseni, z którymi dane mi było sporo czasu spędzić i przeprowadzić wiele pozytywnych rozmów ;-). W szczególny sposób chciałbym złożyć wyrazy wdzięczności Wolontariuszom za czyny, gesty, słowa i czas poświęcony takim świrom jak ja oraz Organizatorom, że stworzyli nam możliwość przeżycia tak wspaniałej przygody. Polecam bieg i dodam, że w całej imprezie każdy znajdzie coś dla siebie, gdyż są jeszcze dystanse 65 i 25km. 😉 a fantastyczne widoki w okolicach Lipowskiej wynagrodzą Wam ból 😉

Ps

Dominik trzymam Cię za słowo, którego jeszcze nie wypowiedziałeś, że za rok widzimy się na Barańskim Stumilaku z Babią Górą wpisaną w trasę 😉 Pozdrawiam.

 

No Comments

Post A Comment