Uultramaraton Janosik Legenda 110

Uultramaraton Janosik Legenda 110

 

ULTRAMARATON  JANOSIK – LEGENDA

Jeszcze dziś nie mogę uspokoić emocji jakie mam po tym widokowo fantastycznym biegu. Bóg w swej dobroci dał nam taką pogodę, że można było kamyki na górach liczyć 😉 Ale do biegu. Biuro zawodów szybko i sprawnie obsługiwało wszystkich zainteresowanych. Kilka minut i pakiet w ręce. Szybka, bo zaraz po tym ewakuacja na hotel i pakowanie koniecznych rzeczy do plecaka i na przepak. Sprawdzam wyposażenie obowiązkowe, i jak to u mnie zonk – brak 15 euro. Skąd ja tu na końcu świata wezmę euro? Nic prostszego, jak się okazało, kilka kilometrów od hotelu, tuż za przejściem granicznym w sklepie o godz. 20:00 zakupiłem i odetchnąłem. Jestem gotów, mogę iść spać.

Zbiórka na wyjazd obok mety jest o piątej rano więc ok 4:00 muszę wyjść z hotelu, delikatny trzykilometrowy spacer dobrze zrobi moim nogom przed startem. W autokarze spotykam kilku znajomych i robi się naprawdę fajna atmosfera, taka jaką lubię – luzacka i koleżeńska. Zaplanowany na godzinę siódmą start nagle staje pod znakiem zapytania – jeden z autokarów zaginął w akcji 😉 i musimy na niego poczekać. Awaria wyeliminowało go z dalszej jazdy i wszyscy spakowani w dwa dojeżdżamy na miejsce. Przy całym zamieszaniu mamy kilka minut obsuwy. 10;9;…….1 start.

 

Do pierwszego punktu kontrolnego mamy ok czternastu kilometrów i limit czasu do godziny 11:00. Cztery godziny, luz pomyślałem i biegłem z nadzieją napawania się również widokami. Jak się szybko okazało nie taki luz z tym limitem. Na punkt w Śląskim Domu wpadam co prawda z zapasem ok godziny i trzydziestu pięciu minut, ale wiem ile mnie to kosztowało, a to był najłatwiejszy odcinek Tatrzańskiej części. Widoki były rewelacyjne, ale czas dyktował warunki, a trasa tak trudna technicznie, że każdy brak skupienia mógł się skończyć źle.

Po wyjściu z punktu coś we mnie pękło. Nie mam pojęcia co się stało, ale nogi miałem jakby mi ktoś betonu do butów nalał. Ciężka wspinaczka do góry, odcinki z łańcuchami i bardzo niebezpieczny zbieg, a ja ledwo idę. Moja męka trwała jeszcze jakieś półtorej godziny, co zjadło prawie cały zapas czasu jaki miałem, ale przynajmniej sobie widoki mogłem podziwiać 😉 Dotarłem do drugiego punktu kontrolnego na Hrebienioku (27km) z zapasem czasowym, ale już niecałej godziny. Szybkie uzupełnianie płynów i kilka bananów na ruszt i biegnę dalej. Widoki naprawdę zapierają dech w piersi, szczególnie jak jest się pierwszy raz w życiu w Tatrach. Nic teraz trzeba się spinać, aby nie wypaść za burtę. W Tatrach jeszcze dwa punkty kontrolne, a przede mną długie i strome podejście.

Na moje szczęście siły wróciły, nogi zelżały i mogłem robić swoje. Niebezpieczne i kamieniste szlaki ograniczają moją prędkość, często wyhamowując mnie prawie do zera, ale staram się nadrobić to co straciłem. Wąskimi tatrzańskimi szlakami docieram do szlaku prowadzącego do trzeciego punktu zlokalizowanego przy „Chata pri zelenom plese” (37km). Punt ten jest ostatnim w tatrach i za nim już tylko dwanaście kilometrów do punktu w Zdziarze. Utrzymuję godzinny zapas czasowy do limitów, ale jest mi coraz ciężej. Zbieg do punktu okazał się bardziej niebezpieczny niż myślałem. Luźne kamienie, sporo zakrętów i odcinek z łańcuchami nie pozwalają na swobodny zbieg. Trzeba uważać bo zbocze strasznie strome.

Szybko na punkcie uzupełniam co trzeba, wsuwam owoce i ruszam ścieżką w las, pod górę na ostatnie podejście po skałach. W połowie podejścia usłyszałem nadchodzącą burzę, trzeba się pospieszyć pomyślałem i przyspieszyłem krok. Jak się okazało, na szczęście nikogo na trasie biegu owa burza nie złapała i przeszła gdzieś dalej. Popadało jednak troszkę i zbieg na punkt okazał się walką o przetrwanie. Obolałe stopy nie chciały słuchać na błocie i skałach. Przyczepność, miejscami wydawała się zerowa a połączenie błota, skał i korzeni wydawało się bardzo niebezpieczne i lepiej troszkę zwolnić. Na 49 kilometrze w „Zdzir Pension Zdziaran” jestem po 11 godzinach i 45 minutach co daje zapas do limitu ok 2 godzin i 15 minut – odetchnąłem. Spokojnie pojadłem i napiłem się oraz uzupełniłem wodę w plecaku. Ruszam z punktu na ostatnie 60 kilometrów, teraz już luźniej, spokojniej bo bez skał i mniej więcej wiem co mnie czeka. Rok wcześniej biegłem Spiską pętlę, a jej trasa w dużej mierze pokrywa się zresztą mojej teraz.

Kolejny przystanek na trasie to Pensjonat Spiski w Kacwinie na 66 kilometrze. Zerknąłem tylko na zegarek a tu czytam: przewidywany czas dotarcia na metę godz 10:32. Co jest, muszę nadrobić trzy i pół godziny? Limit czasu jest do 7:00! Bez zwłoki zabrałem się za nadrabianie. Wiedziałem, że zegarek liczy średnią z całości, jednakowoż z tyłu głowy miałem lęk przed limitem. I znowu spina. Kolejne szesnaście kilometrów skupiłem się na jak najszybszych zbiegach, aby nadrabiać czas. Na punkt wpadam z czasem 14 godzin i 28 minut co daje ponad 2,5 godziny zapasu do limitu. Nie korzystam z przepaka by nie tracić czasu i ruszam w dalszą drogę do Łapszanki, jest godzina 21:30, czas mam do 2:00 i do pokonania ok 10 kilometrów, luz jeżeli chodzi o punkt, ale sił coraz mniej. Trudny techniczny początek biegu sporo mnie kosztował. Udało się dobiec do Łapszanki w półtorej godziny i zegarek już dawał mi luz psychiczny podając godzinę zakończenia na 6:00 😉 Z łapszanki do Trybsza to kolejny ok 10 kilometrowy odcinek i kolejne półtorej godziny biegu. Jest dobrze bo straty czasowe nadrobione z nawiązką. Delikatne i doskonałe do biegania trasy na Spiszu pozwalają na swobodę biegu. Ostatni punkt kontrolny umiejscowiony jest na 93 kilometrze w Dursztynie. To ostatni punkt również przed Żorem, który jak popadało może być bardzo ciekawy 😉 Na punkcie podpytuję wolontariuszy o tę właśnie krótką, ale stromą górkę. Na szczęście dowiaduję się, że jest sucho – więc luz, będzie dobrze. Pod górą spotykam Anię, której zaczyna szwankować czołówka i postanowiliśmy resztę trasy pokonać wspólnie – dziękuję i miło było Cię poznać i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy na szlaku. Nawiasem mówiąc Ania dostała takiego powera, że odstawiła mnie jeszcze przed zaporą 😉 Brawo!!!! Oczywiście zabójcze schody na zaporze i te dwa kilometry asfaltu to coś czego nienawidzę, ale świadomość zbliżającej się chwały stając na mecie LEGENDY niesie mnie tak, że zapomniałem o bólu, a widok ukochanej Żonki na zaporze dodał mi tyle sił, że mogłem jeszcze jedną pętle zrobić 😉 W końcu meta, czas 22 godziny i 52 minuty, witają mnie gorąco i ciepło najpierw medalem, a potem DYBAMI. Tak dybami i pasem!!!! Za co ja się pytam 😉 Dostałem lanie i mogłem się rozbroić 😉

Podsumowując bieg uważam za trudny technicznie, szczególnie pierwszy, tatrzański odcinek, jednak nigdy czegoś podobnego nie przeżywałem. Czułem się taki mały w Tatrach i jednocześnie taki wielki na mecie. Dokonałem tego! Pod względem obsługi niczego się na tym biegu nie mogę doczepić. Wszystko grało jak powinno i było stale monitorowane. My również, dzięki GPS-om byliśmy widoczni dla bliskich i znajomych co czasem powodowało śmieszne sytuacje – wiadomo jak się te urządzenia odświeżają i zdarza się nam fruwać z prędkością helikoptera 😉

Kończąc chciałem podziękować. Najpierw mojej cudownej Żonie, która dzielnie ze mną przemierza nasz kraj i zawsze na mnie czeka na mecie – to jest dla mnie bardzo ważne!!!! Dalej chciałem podziękować towarzyszom biegu, wolontariuszom i organizatorom bez Was ten bieg byłby zwykłym spacerem bez możliwości poznania tylu wspaniałych ludzi i przeżycia z nimi takich przygód. Kończąc powiem tak, do Tatr wrócę, ale już nie na bieg ale na zwiedzanie, a dzięki Wam wiem gdzie mam zabrać moją rodzinę. Na Janosika też może wrócę, ale jako kibic bo jest jeszcze wiele wyzwań przede mną a Polska ma tych biegów setki 😉

No Comments

Post A Comment