Małopolska Ultra Trail 2019–UTM105

Małopolska Ultra Trail 2019–UTM105

 

Ultramaraton Małopolska 105

Mówią, że ultra to bieg umysłu. I tak jest o czym mogłem się przekonać osobiście. Założenie przebycia trasy jest silniejsze od bólu jaki może towarzyszyć. Na MUT105 doświadczyłem biegu z zapaleniem cewki, które pozbawiło mnie możliwości zbiegu i to bardzo skutecznie. Każdy krok sprawiał ból, ale cel był jeden – meta. Udało się to tylko dzięki pomocy Bożej, która postawiła na trasie mojego biegu cudownych ludzi. Ale do rzeczy.

Pakiety odbieraliśmy w szkole w Kasince i tam też zlokalizowane były parkingi. Fajnie, bo obok szkoły jest mała restauracja, gdzie można się posilić i odpocząć. Jest godzina 14:30, z pakietem i depozytem kieruję się na start ok 2 km pod górkę i tu fajna niespodzianka bo Pan z obsługi biegu jadąc na górę zabrał mnie i jeszcze 2 kolegów, połowa drogi z głowy  😉  Na miejscu w bazie Lubogoszcz czeka już ekipa wolontariuszy chętnie niosących pomoc i przemiłe Panie z kawą 😉 Wraz z innymi biegaczami przygotowuję się do startu. Jest sporo czasu więc na luzie, przebieranie, sprawdzenie wyposażenia i oddanie depozytu. Na pół godziny przed startem spotykamy się z Bogdanem i idziemy na linię startu. Kontrola wyposażenia, pobranie trackera i czekamy. Żona dzwoni, że mnie nie widać, więc zgłaszam, że mój GPS jest niewidoczny ale powiadomiono mnie, że to kwestia opóźnienie itd. ale nic, jako wyjątek chyba, biegłem bez śledzenia. Czeka my na sygnał do startu. Ostatnie przemyślenia, analiza limitu czasu, który jeszcze wydawał się sporo przesadzony mimo ukończonego 7 dni temu innego 100km ultra. Zwołują nas na linię startu, w końcu ruszamy.

Pierwszy podbieg pokazuje mi surowość Beskidu Wyspowego. Stromość i kamienie pod nogami utrudniają mi szybkie przemieszczanie się ale pnę się do góry. Pierwszy punkt z odżywczy mam na 21 kilometrze ale już odczuwam, że warunki mogą doprowadzić do braku wody. Organizm często domaga się płynów i 1,5 litra na styk wystarczyło mi do tankowania. Pierwsze zbiegi również odsłaniają oblicze tych gór. Kolejna wspinaczka i zbiegam do Kasiny Wielkiej. Ze zmiennym podłożem pod nogami i z prawie pustym bukłakiem docieram na pierwszy punk odżywczy. Uzupełniam płyny podjadam pomarańczy i bananów, próbujemy jeszcze zresetować nadajniki ruszam w dalszą trasę do Lubienia na 31 kilometrze. Do punktu Lubień trasa wiedzie nas przez szczyty Lubomir i Kiczora, z którego dosyć szybkim zbiegiem dopadam do punktu odżywczego. Na punkcie, jak na wszystkich zresztą, pełen wypas od słodkości po sól. Czując zbliżające się kłopoty nabrałem sporą ilość soli, ale nie wiem czy poprawiłem, czy pogorszyłem. Z punktu na czarny szlak prowadzący na Szczebel trzeba było troszkę się pogłowić, bo oznakowanie lekko marne. Udało się po krótkim zakręceniu i dobiegam czarnego szlaku. Niezła kiepa!!!! Ostre podejście mocno daje popalić łydką, ale to dopiero początek, gdyż na zbiegu już byłem pewien, że zapalenie mnie mocno spowolni. Kompletna niemoc połączona z bólem sprawiają, że zaczynam zastanawiać się nad zejściem z trasy. Wspinaczka na Luboń wcale mi nie pomogła a już zejście, bo zbiegać już nie mogłem, tym bardziej. Dostaję się na punkt kontrolny w Rabce, gdzie ciepły posiłek, toaleta, suche ubrania sprawiają, że decyzja może być tylko jedna – trza ciś durś 😉

Mam 9 godzin i 46 km za sobą.

Jest druga w nocy razem z Bogdanem podążamy kilka kilometrów. Wschód słońca bajeczny, ale niestety nadal nie daję rady zbiegać i Bogdan po namowach w końcu pobiegł swoim tempem a ja powoli przesuwałem się w kierunku Starych Wierchów i dalej na punkt w Obiadowej. Na punkcie mam za sobą ok 62 kilometry w 12 godzin. Czasu mam sporo, bo 15 godzin a do przebiegnięcia tylko 46 kilometrów. Uzupełniwszy płyny wyruszam na Turbacz, na którego szczycie melduję się tuż przed 8-mą rano po prawie 15 godzinach marszu i biegu. Szczęśliwy zasiadam by zjeść batona i napić się koli. Lekko wypoczęty zabieram się do zbiegu i tu dopada mnie kolejny atak i gdyby nie pomoc kolegi „doktorka” to bym tam chyba został. Dostałem leki przeciwzapalne i przeciwbólowe i z w miarę dobrym tempem zbiegam na dół do punktu Obiadowa. Po drodze mijam odcinek ok kilometra wyłomów, gdzie doskonale oznakowano jak je omijać – ten odcinek uważam za najlepiej oznakowany 😉 Jeszcze tylko Maciejowa, Rabka, Luboń, Sczczebel i do mety 😉 Po konsultacji z organizatorem nie wchodzę na punkt w Rabce, bo nie mam takiej potrzeby. Straszyli tym Luboniem a tu ten żółty taki fajny, łagodny, będzie dobrze – se myślę, aż tu nagle ktoś wziął i dziwnie wyciągnął ten pion, zabrał siły z nóg i kazał wspinać się do góry!!! Co to kurna ma być, ja się pytam? Ale nic, ociężale jak koń w błocie targam swój tyłek do góry, by tuż przed szczytem zastać przecudownej urody gołoborze z luźnymi kamolami. Żart, pomyślałem, gdzie oznaczenia? Idę wg śladu w zegarku i widzę, coś powiewa, no dobra jestem na trasie. Pokonanie tych może kilkuset metrów zajęło mi ok 25 minut. Koszmar!!!!! Ale już w dół. Stromy zbieg daje ostro popalić, ale wejście na Szczebel łagodzi rany, by na czarnym w dół przypomnieć, że jestem w górach i piony trzeba wyrobić. Zaczyna pada deszcz i czarny w dół staje się niebezpieczną ślizgawką błotną poprzecinaną kamieniami i korzeniami. Piekło zbiegu złagodziłem w strumyku na dole – super sprawa. 😉 Jestem na dole i widzę drogę do bazy Lubogoszcz – luz, radość, zadowolenie, które niestety zamienia się w złość i przekleństwa jak okazało się, że ja muszę na około do tej bazy napierać, a nie na wprost. Myślę, że nie będę pisał, czego życzyłem tym co trasę wyznaczali – już mi przeszło 😉 Dopadam mety i schodzi ze mnie stres i napięcie. Szybki prysznic, pomidorowa i do samochodu – ok 4 kilometrów z buta. Na szczęście, Bogdan na mnie zaczekał i tylko ok kilometra do niego na nogach a resztę już jechałem samochodem. Bogdan, „Doktorek” – jeszcze raz wielkie dzięki.

Podsumowując chciałbym gorąco podziękować Wolontariuszom, za uśmiech na punktach i doping, świetna robota; Wam biegacze za wspólnie przebyte kilometry i Organizatorom za stworzenie możliwości startu w tych terenach. Bieg zaliczę do trudnych technicznie i odradzam go osobą, które chciałyby tam zadebiutować w ultra. Mimo dużego limitu brak doświadczenia powalić tu może każdego, co widać na wynikach w ilości DNF. Orientacja w terenie jest tu dosyć istotna. Ślad trasy na urządzeniu prowadzącym jako wymóg jest zrozumiały chociażby ze względu na słabe znakowanie, chyba że ktoś taśmy pozrywał. Lubie z racji wykonywanej pracy tak sobie zresetować mózg jak na ultra, ale ten bieg jednak dał mi nowych doświadczeń i tak skrajnych uczuć chyba nie miałem jeszcze nigdy, od wściekłości po euforię i od bólu po błogostan – coś fantastycznie okropnego 😉 Co do wyboru i polecenia tego biegu nie będę się wypowiadał, pozostawię to Wam.

I jeszcze na koniec kilka zdań co moim zdaniem można by poprawić. Ano jest kilka punktów. Podkreślam, że jest to wyłącznie moja opinia i to co ja bym zrobił. 😉 Jak dla mnie, jeżeli trasa jest znakowana to w punktach gdzie rozchodzą się drogi, są zakręty i kilka możliwości dałbym więcej oznaczeń, szczególnie tych z odblaskiem na nocną część biegu. Trochę mi tu ich brakowało i tu traci się cenne minuty. Oczywiście, że biegi ultra wymagają skupienia i rozwagi, ale jednak jak znakuję to dokładnie. Innym punktem na trasie, który nie dość, że był słabo oznakowany to jeszcze niebezpieczny była końcówka podejścia na Luboń po gołoborzu. Dość niebezpieczny odcinek z luźnymi kamieniami, które łatwo wprawić w ruch, lub na nich po prostu ujechać, szczególnie jak są mokre. Osobiście postawiłbym tam wolontariuszy, którzy monitorowaliby czy nikomu nic się nie dzieje. Ja na tym odcinku byłem sam i za mną długo nikt. W przypadku utraty równowagi i upadku, o co tam nie trudno mając kilkadziesiąt km w nogach, pomoc mogłaby dojść za późno 🙁 To samo tyczy się bardzo stromego zbiegu czarnym szlakiem ze Szczebla, gdzie po deszczu zrobiła się ślizgawka. Na koniec, Wiem, że to może zabrzmieć jak marudzenie, ale jakaś pomoc w dostaniu się z bazy (start meta) do parkingów byłaby mile widziana. 😉 Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku 😉

 

No Comments

Post A Comment